sobota, 25 stycznia 2014

Pycha: czyli jeden z moich licznych talentów- pisarstwo (fragment 2)

Część 1, Rozdział 1 (fragment 2)

 

 Wiatr wył między murami klasztornymi, a przemoczone od deszczu kamienne ściany przepełniały powietrze chłodem i  wilgocią.
- Dziś Morrigan z radością tańczyła by na pobojowiskach.- pomyślał Cahan wspinając się po schodach do wieży medyka. w krok za nim cicho podążali Devin i Fergal
Zapach ziół i gorącego powietrza dochodzący od pokoi dla chorych zdawał się wychodzić im na spotkanie już w połowie schodów.
 Cahanowi zakręciło się od niego w głowie. Jak żaden wojownik nie lubił chorować- była to najgorsza słabość ciała, której żaden miecz nie był w stanie pokonać ( no chyba, że przebijało się tym mieczem chorego) słabość, która nie uszlachetniała i (w jego opinii) nie wzmacniała żelaza z którego wykonany był każdy żołnierz Morrigam. Taką stal hartowały jedynie rany odniesione w boju. Nie lubił też wizyt w pokojach Uzdrowicieli..
 Kiedy  dotarli do przedsionka sali na której leżeli chorzy , okazało się, że czeka tam na nich Ida- jedna z nie licznych dziewcząt służących w klasztorze, której zadaniem było pomagać głównemu medykowi- Merrittowi.
- Witaj Ido- przywitał ją ciepło Cahan. Gdzie znajdziemy twojego mistrza? 
-Mistrz oczekuje was w osobnych pokojach na końcu. Czuwa przy naszej chorej.
- Dlaczego Merritt położył ją osobno?- zapytał zaskoczony
- Zapalenie płuc Wielki Mistrzu.- ciężko z nią- szepnęła dziewczyna.
Minęli wielką salę, gdzie w równych rzędach stały proste drewniane łóżka oddzielone od siebie cieniutkimi moskitierami. O tej porze roku leżało tu zaledwie kilku chorych osłabionych gorączką i kaszlem, nie przyzwyczajonych do surowych, klasztornych warunków.
Na końcu sali w wąskim korytarzu znajdowały się osobne pokoiki dla ciężej chorych.
Ida uchyliła drzwi do jednego z nich. 
W półmroku tuż przy łóżku stał Merritt- przez swoją wyjątkowo szczupłą i wysoką sylwetkę wyglądał jak uschłe drzewo pochylające się nad chorą- i taki właśnie cień odbijał się na ścianie w blasku migoczącej świecy.
- Cahanie- skłonił głowę na widok Wielkiego Mistrza.
- Witaj Uzdrowicielu. Powiedz mi co z tą małą.
Merritt lekko zdumiony rzucił okiem na drobną postać tonącą w pościeli.
- Dziewczynka. Ma jakieś dziesięć lat, zapalenie płuc, gorączkę, jest odwodniona i może nie dotrwać do rana. Mistrz Fergal przyniósł ją dziś wieczorem spod bramy i istnieje szansa, że uratował jej tym życie, ale tak jak już powiedziałem- przekonamy się o tym o świcie.
Cahan spojrzał na dziecko. Spod ciężkich kołder wystawały jedynie rude pukle włosów i słychać było cichutki rytm oddechu, słaby, ale równy.
- A co z jej rzeczami?. Miała rzy sobie jakiś bagarz?
- Miała mały tłumoczek. Ida schowała go tu w kufrze.
Devin nie czekając na polecenie podszedł do skrzyni i wyjął z niej zawiniątko. W brudną szmatę owinięty był kawałek chleba, cienka, połatana peleryna, sznurek kolorowych paciorków i kilka miedziaków.
Jedyne, co odróżniało ją od reszty żebraków, to medalion w kieszeni Cahana.
- Dziękuję ci Merricie za opiekę nad tym dzieckiem. Zawiadom mnie jak jej stan ulegnie zmianie- jakiejkolwiek zmianie.
Medyk skłonił głowę, a Wielki Mistrz ruszył do wyjścia wraz z Davinem.
- Fergalu, idziesz z nami?- zapytał 
- Nie. Pozwolicie, że posiedzę przy niej trochę, będę czuwał, może obudzi się choć na chwilę- rzekł siadając na krześle przy łóżku chorej i nie odrywając od niej wzroku.
Kiedy obaj mężczyźni wyszli Merritt zapytał:
- Powiedz mi Fergalu, dlaczego ona jest inna?, interesuje ciebie i Wielkiego Mistrza?
- Wielki Mistrz był jej ciekaw, a ja...znalazłem ją, jest taka...moja- szepnął
Merritt spojrzał na Fengala, który nieśmiało sięgnął po dłoń chorej i zamknął ją w swoim uścisku.
-Zmieniaj jej od czasu do czasu okłady na czole- żekł i wyszedł zostawiając ich samych w ciepłej, otulonej mrokiem komnacie.
Zamykając drzwi zacisnął na chwilę powieki i wyszeptał cichą modlitwę:
-Niech .Anann- zwiastunka śmierci omija to dziecko- w imię Trzech Kruków.
A potem zabrał tacę z miseczkami pełnymi wywarów i eliksirów i ruszył do sali, gdzie Ida już każdym swoim gestem niosła ulgę w cierpieniu. Leczyła chorych.

Tym czasem Cahan i Devin w końcu zasiedli nad kubkami grzanego wina z przyprawami. 
- Co zamierzasz z nią zrobić?- zapytał Devin.
Wielki Mistrz rzucił mu przeciągłe spojrzenie,
- Fergal ją lubi. Miałęm ją odesłać do miasta, ale chyba ją tu zatrzymamy- o ile oczywiście przeżyje.
- Dla Fergala?, przecież to dziecko!
Cahan parsknął śmiechem:
-Devine! co ci chodzi po głowie!. Fergal pewnie weźmie ją do pomocy przy księgach
- Czyli nie widzisz w niej kolejnej nowicjuszki?
Cahan łyknął swojego wina:
- Jak przetrwa z Fergalem chociaż rok w tym kurzu i papierach, to kto wie, może i dopuścimy ją do treningów, ale sam wiesz, że dzień jest za krótki by podołać wymaganiom naszego uczonego i ćwiczeniom fizycznym. Wóz albo przewóz. 
-Oby zatem nadszedł dzień w którym będzie mogła sama podjąć taką decyzję- odpowiedział Devin wznosząc kubek do toastu.
- Oby!- dodał Cahan wciąż bawiąc się złotym medalionem w kieszeni i zastanawiając się co takiego przyniesie świt.

Zazdrość: czyli gdybym była facetem, to chciała bym...

śpiewać jak Krzysztof Zalewski :)

 



Całkiem nie tak dawno ukazała się nawa płyta Krzysztofa Zalewskiego. Album nazywa się "ZELIG" i jest czymś, na co słuchacze i wielbiciele głosu Krzyśka musieli czekać prawie 10 lat!!!, ale doczekaliśmy się :)
I to doczekaliśmy się kawałka porządnej muzyki- aż kapcie lecą z zachwytu!
Płyta prezentuje sobą mega różnorodność, ciekawe instrumentarium i ma to coś- lekką psychodelię, unikatową poetyckość, czasem smakuje jak Grechuta lub Niemen, czasem niesie ze sobą proste, prawie że punkowe tempo ("Jaśniej"), no i nade wszystko ten głos :)- lubię takie wokale- z szeroką skalą. Podziwiam faceta, który potrafi zaśpiewać jak Bruce Dickinson- z taką samą siłą, a potem nagle spokojnie i tak "piaskowo" jak Pan Niemen... Płyta jest miodzio- kto nie słuchał, ten trąba!. Polecam :)

A TUTAJ mój ulubiony kawałek z "Zeliga".



poniedziałek, 20 stycznia 2014

Lenistwo: czyli literatura przeczytana w grudniu.

Oto efekty mojego leniuchowania w miesiącu zeszłym. Ku mojej wielkiej radości pod względem książkowym był to miesiąc bogaty w ciekawe tytuły

 

 Średnio czytam trzy książki miesięcznie- w zależności od ilości wolnego czasu i gabarytów książek. W grudniu były to: "Sezon burz" (A. Sapkowski), "Sprzedawca broni" (H. Laurie) i "Dobry" (W. Łysiak), i wszystkie bardzo dobre :)



Ani pana Sapkowskiego, ani Wiedźmina przedstawiać nie trzeba- za to jeśli jesteście wielbicielami obu, koniecznie przeczytajcie tę pozycję- nie będziecie żałować. :)




Jeśli chodzi o "Sprzedawcę broni:" to jest to naprawdę świetna powieść kryminalna autorstwa Dr, House'a ;)- co nie zmienia faktu, że warto ją przeczytać- wciągająca, okraszona angielskim humorem. Polecam.




I ostatnia propozycja z grudnia- genialna, wciągająca, zabawna, szokująca...po prostu cudo. Waldemar Łysiak i część pierwsza jego Trylogii łotrzykowsko- heroicznej.  Zdecydowanie najlepsza z grudnia- mimo silnej konkurencji w postaci Sapkowskiego- którego uwielbiam.


Dokładne recenzje i wrażenia jak zwykle na LUBIMY CZYTAĆ

ŻYCZĘ SOBIE I WAM WIĘCEJ TAK OWOCNYCH MIESIĘCY CZYTELNICZYCH JAK GRUDZIEŃ :). Jeśli czytaliście którąś z książek i chcecie wymienić się wrażeniami- to zapraszam do dyskusji :)




niedziela, 12 stycznia 2014

Pycha: czyli jeden z moich licznych talentów- pisarstwo

Nie licząc jednej mojej koleżanki- nie dzieliłam się do tej pory swoją literaturą. Postanowiłam jednak zaryzykować i zamieścić jedno z moich opowiadań we fragmentach na blogu. Jeśli się spodoba, to być może pojawią się kolejne części ;). Opowiadanie nie ma tytułu, ale (mam nadzieję, że) treść ma ciekawą :)

 

 

 

Część 1, Rozdział 1 (fragment 1)

 

 

- Żadne z was nie jest już dzieckiem!. Żadne z was już nigdy nie poczuje się jak wasi rówieśnicy z miast!. Jest w was siła większa niż w nich, jest większa odwaga!. Zapomnijcie o matkach!, waszą matką jest wojna, nie macie już ojców, waszym wspólnym ojcem jest gniew, zapomnijcie imiona waszych bogów- waszym jedynym bogiem jest Morrigan- jedyna i prawdziwa Wielka Bogini. Od dziś Jej będziecie służyć, dla Niej będziecie walczyć i w Jej ofierze przelewać krew!
Mistrz zaciskając w rękach kamienny medalion na którym splatały się ze sobą trzy kruki, przełknął ślinę i z uwagą przyglądał się chudym postaciom dygoczącym na deszczu, do których wygłosił swoją mowę. Na twarzach dzieci- bo formalnie nadal były dziećmi- malował się tylko strach. Gdyby tak nie lało , to pewnie dopatrzył by się i łez, ale deszcz skutecznie zacierał te oznaki słabości.
Mężczyzna westchnął i znów zwrócił się do milczących i przemoczonych strachów na wróble.
- Teraz czujecie strach, lecz wkrótce się go pozbędziecie, pokonacie go tak jak pokonuje się wroga, Będziecie siłą, której będą pragnąć władcy na całym świecie, będziecie wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami o które królowie będą się zabijać, będziecie dziećmi Morrigan, waszą zwiastunką będzie Anann, waszą walecznością będzie Badb i podobnie jak Macha będziecie żerować na głowach waszych pokonanych wrogów!
Chude postaci ani drgnęły.
- Niech Królowa Umarłych was prowadzi!
W odpowiedzi po placu klasztornym rozeszło się echo głuchego uderzenia pięścią w pierś, a właściwie stu pięści w sto chudych piersi, pod którymi biło sto młodych serc. Mimo to,dźwięk ten był pokrzepiający dla  Mistrza. Każdy odgłos brzmiący jak pomruk wojenny był miłym jego uszom.
- Rozejść się!
Dwieście stóp zachlupotało chaotycznie w błocie pokrywającym plac. Nie rozległ się żaden głos czy szept. Tylko deszcz rozbijający się o mury klasztorne i błoto pod stopami najmłodszego narybku Klasztoru zakłócały idealną ciszę.
- Już są dobrze zdyscyplinowani jak na nowicjuszy- pomyślał Mistrz, Zachowali ciszę i nie pociągali nosami. Zaledwie kilku z nich zniesie trening i szkolenie, ale zapłacić muszą rodziny wszystkich, Nikt nie dostaje się do Klasztoru za darmo i nikt nie wychodzi stąd biedniejszy niż przyszedł. To dobry układ. Sprawiedliwy.
Mistrz zagasił kagan, który był jedynym oświetleniem placu. 
- Ładna mowa Cahanie- usłyszał za sobą.
- Nie miała być ładna, lecz pokrzepiająca jak łyk grzanego wina w taką paskudną noc.
Brat Devin uśmiechnął się lekko:
- Jeśli potrzebowałeś wierszy trzeba było zwrócić się do mnie.
- Potrzebuję od ciebie jedynie wsparcia w opróżnianiu kubków z winem, co ty na to?
- Wielkiemu Mistrzowi się nie odmawia.- odpowiedział lekko Devin- Chodźmy zatem.
Obaj mężczyźni ruszyli wzdłuż ganku w kierunku jadalni. Nie uszli daleko, gdy po placu rozległo się głośnie chlupanie szybkich kroków.
- Chwała Trzem krukom!, Wielki Mistrzu! chyba mamy jeszcze jedną!
 Cahan dopiero w świetle bijącym z sali rozpoznał Fergala.
- Co "jeszcze jedną" Fergalu, o czym ty mówisz?
- Znaleźliśmy ją pod bramą. Ledwo żyje. Dziewczynka, ma nie więcej niż dziesięć lat, ale nie jest wygłodzona...
- Przestań!, mówiłem ci, że nasz Klasztor to nie miejsce dla żebraków i biedoty!
- Panie...
- Nie!. Każ stajennemu odwieźć ją do miasta .
Fergal nerwowo zaczął opróżniać kieszenie swojej szaty aż wyjął mały czarny woreczek i podał go Wielkiemu Mistrzowi.
- Miała to przy sobie- szepnął
Zdumiony Devin zauważył, że Fergal odwrócił wzrok jak tylko na dłoni Cahana wylądował mały przedmiot.Wielki Mistrz w milczeniu wpatrywał się w medalion- taki sam jak ten, który on nosił na swojej piersi- trzy kruki splecione ze sobą w locie, zamknięte w ozdobnym okręgu, taki sam, a jednak tak inny- bo wykonany ze złota i onyksu.
- Gdzie ona jest?- zapytał
Fergal dopiero po chwili zorientował się, że to pytanie skierowane jest do niego.
- U medyka Panie. Jest ledwo żywa.
Cahan schował medalion do woreczka, a ten z kolei w kieszeni.
- Zdaje się Devinie, że wino będzie musiało poczekać. Chodźmy zobaczyć co zostawiły nam na progu kruki i wrony. 

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu: czyli krok pierwszy z Noworocznymi postanowieniami :)

Parę pierwszych dni stycznia już uciekło, więc czas ruszyć z kopyta z realizacją postanowień. 

 

Mój plan obejmuje zrzucenie kilku zbędnych kilogramów i w planie tego planu planuję takie oto działania:

 

 

 

1. DETOKS!!!- czyli trzy dni z jabłkami, wodą i zieloną herbatą w menu :)
2. DIETA CUD, czyli "MŻ"( Mniej żreć")- zawsze miałam problemy z przestawieniem się na jakąś ściśle określoną dietę, dlatego zdecydowałam się ułatwić sobie sprawę i nie pozbawiać się przyjemności jedzenia RACJONALNIE zmniejszając porcje i dodając kilka trików żywieniowych.
3. TRIKI ŻYWIENIOWE obejmują:
  • jedzenie na mniejszym talerzu (porcja wydaje się większa),
  • dwie szklanki wody przed każdym posiłkiem, 
  • rezygnację ze słodyczy w ciągu tygodnia (w nagrodę w weekend można zaszaleć z kawałkiem szarlotki do kawy ;))
  • uzupełnienie niedoborów suplementami diety
  • jedzenie 6 małych posiłków dziennie
  • nie jedzenie żadnego po 18.00
  • ograniczenie do minimalnego minimum alkoholu (lampka wina nie zaszkodzi, ale piwo odpada absolutnie z jadłospisu)
  • owoce i warzywa to najlepsza przekąska :)
4. RUCH- moja aktywność fizyczna jest źródłem mojej energii, dlatego oprócz dwóch godzin marszu (do pracy i z powrotem) postanowiłam dodać jedną godzinę treningu dziennie. Wspierać mnie będzie Jilian Michaels- jedyna kobieta na Ziemi, która potrafi ruszyć mnie z fotela ;))
5. CEL I MOTYWACJA- w moim wypadku motywacją jest zastrzyk energii, a celem mała czarna w szafie ;)...no i waga w granicach 55-56 kg..

Raporty z moich osiągnięć postaram się umieszczać co jakiś czas na blogu :)
Jeśli i wy macie jakieś Wielkie Plany odnośnie kilogramów- piszcie- możemy się motywować wzajemnie i razem spalać tłuszcz!!!!. Powodzenia sobie i Wam życzę!!!

Misję "tłuszczu won!!!" czas zacząć ;)


środa, 1 stycznia 2014

Happy New Year, happy New Year's resolution ;)

Mamy nowy rok w kalendarzu. Nowe szanse, nowe początki, nowe postanowienia :) 

 

 Jedno z moich obejmuje ów blog i jest banalne: PRZYŁOŻYĆ SIĘ DO NIEGO, PISAĆ CZĘŚCIEJ, DAĆ Z SIEBIE WIĘCEJ :)...a zatem...obiecuję jeden post tygodniowo, co daje 52 sztuki.:). Życzę sobie i Wam dużo szczęścia i samozaparcia i wytrwałości w dążeniu do celu.Powodzenia :)

"Marz o rzeczach wielkich, to ci przynajmniej pozwoli zrobić kilka małych". 
                                                                                                          (Renard Jules)